Andrzej Silski
 
g
"Jeżeli kiedyś wszystko zacznie
kręcić się niezgodnie z ruchem
wskazówek zegara
wtedy odezwij się do zupełnie
obcego człowieka
posłuchaj jego nierytmicznych
uderzeń serca
rozbujanego sztucznie
i przygaśnij w blasku jego miłości"

 

O mnie

Twórczość literacka

Piosenki

Ostatnio dodane

   

Tajemnica Matyldy Gens - Nocna Warta



    Najtrudniejszym do pokonania odcinkiem są drewniane schody. Prowadzą  od pokoju usytuowanego na poddaszu naszego domu do drzwi wychodzących na podwórko. Dwa przynajmniej były ku temu powody. Pierwszy – to mój młodszy brat Rafcio, dzielący ze mną „komnatę” na strychu. Drugi – to dziadek Janek, słyszący nocą nawet najdrobniejszy szelest. Powodzenie tej akcji było więc wątpliwe. Dziś raz szczęście mi dopisało. Dlaczego nie miałoby udać się po raz drugi?

    Leciutko odsunąłem kołdrę i cichaczem wysunąłem się z łóżka. Sprężyny skrzypiały jednak niemiłosiernie i „Mały”, który dopiero zasnął uniósł się gwałtownie. Sądziłem, że przewraca się tylko na drugi bok. Spokojnie kontynuowałem więc ubieranie.

- gdzie idziesz? - usłyszałem wydobywający się spod kołdry głos Rafcia.
- Cicho, śpij - idę tylko siusiu, zaraz przyjdę
- To po co się ubierasz. Przecież ubikacja jest za drzwiami.
- Masz rację, ale wieczorem jest zimno. Mogę się przeziębić. Nie marudź już! Przecież wiesz, że mam chory palec i bardzo mnie boli.
„Mały” – tak nazywaliśmy Rafcia, bardzo nie lubi jak ktoś jest chory i naprawdę potrafi człowiekowi współczuć.
    Powoli stopień po stopniu posuwałem się w dół. Zdawało mi się, że schodzę z jakiejś wielkiej góry a nie ze strychu naszego małego domku. Oczywiście buty trzymałem w ręku. W skarpetkach schody nie wydawały tak przeraźliwych dźwięków. Nie byłem pewien czy dziadek Janek nie słyszy moich kroków. Ma dwa sposoby załatwiania tego rodzaju przypadków. Albo od razu wyskakuje z łóżka pytając- dokąd wybierasz się chłopcze o tej porze?, albo milczał do następnego dnia, po czym z wielką satysfakcją donosił o moim wyjściu swojej córce- czyli mojej mamie.
    Tym razem odbyło się bez nagłego zatrzymania. Byłem już na dole. Jeśli dziadek jutro na mnie naskarży to jakoś  się wytłumaczę. Żeby tylko drzwi nie zaskrzypiały. Nacisnąłem klamkę. Na szczęście były jeszcze otwarte. Wymknąłem się na zewnątrz niepostrzeżenie. Teraz już pozostał tylko skok przez bramę. Ojciec zawsze zamykał ja na noc.
Byłem na ulicy. Z daleka nie widziałem czy na schodach Paterki ktoś już jest. Mignęło tylko światło latarki. Tak, to jest znak- pomyślałem. Chociaż nie było mowy o żadnych latarkach. Wszystko działo się tak szybko. Że też przeoczyłem taki szczegół. Na miejscu byli już Aciu z Agusiem.
gdzie reszta? – zapytałem
na razie jesteśmy tylko my – odpowiedział Aciu. Poczekamy jeszcze parę minut.
Spojrzałem na zegarek. Była 22.50. Nikt więcej się nie zjawił.
idziemy! – zakomenderował Aguś.
    Ruszyliśmy na podwórko Drapkiewiczów. Jako punkt obserwacyjny wybraliśmy dach małej obórki, w której ojciec Acia trzymał swoje cztery barany. Nie była to zbyt stabilna budowla. Podczas gwałtownych ruchów chwiała się  potwornie. Nic jednak nie wskazywało na to aby  miałaby runąć pod naszym ciężarem. Położyliśmy się plackiem  na dachu i czekaliśmy na moment, w którym cokolwiek zacznie się dziać. Ta noc była bardzo ciemna. Zero księżyca , zero gwiazd. Warunki nie sprzyjały naszym obserwacjom. My jednak byliśmy tak blisko, iż wydawało się, że nic nie może ujść naszej uwadze.

    Panowała majestatyczna cisza. Komary cięły nas gdzie popadnie. Nie mogliśmy skutecznie się od nich opędzać gdyż nasza kryjówka mogłaby zostać odkryta. Dobrowolnie poddawaliśmy się komarowej terapii. Tylko Aciu nie wytrzymał i chlasnął jednego z całej siły gdy ten rozpanoszył  się na jego czole. Huk był tak głośny, że Bin, pies pani Matyldy wyskoczył z budy i kilka razy głośno zaszczekał .

- dlaczego nic się nie dzieje? - zapytałem zniecierpliwiony.
- Uspokój się - odparł nerwowo dowódca nocnego zwiadu uderzając mocno w moje ramię. Zobaczysz. Ona wyjdzie. Która godzina?
Pół do dwunastej – poinformował Aguś
Tak, o tym czasie zawsze wychodzi. Może coś się stało? Ma  w końcu przeszło dziewięćdziesiąt lat.
Nasze coraz głośniejsze szepty przerwało skrzypienie uchylających się drzwi.
cicho! – rozkazał Aciu. Ona wychodzi. Nic nie widzę. Szkoda, że nie mogę poświecić latarką.
Głupiś, schowaj ją – wymamrotał Aguś, któremu dowództwo podobało się coraz bardziej.
Gdzie ona jest? Widzisz ja? – pytałem co chwilę.
Nic nie widzę. Przecież jest noc – szeptał Aciu
To naprawdę epokowe odkrycie. W nocy  przeważnie jest ciemno – wytłumaczyłem naukowo.
Popatrz tam w stronie studni. Idzie w kierunku szopy. Jak Boga kocham idzie! – Aciu cieszył się jak dziecko z widoku, który oglądał pewnie ze sto razy.

    Czułem, że moje serce podnosi się coraz wyżej. Może ona nas widzi- myślałem szybko. Co będzie jak ta rudera się zarwie i z hukiem spadniemy na barany a te rozbeczą się jak potężne lwy? Na chwilę zaparło mi dech w piersiach.

- co ty , Asiej. Nie bój się  tak bardzo – uspokajał Aciu. Przecież to tylko stara babcia.
    Mała, zgarbiona postać przesuwała się powoli w kierunku drewnianej szopy. Bin najwyraźniej poczuł obecność swojej pani gdyż zerwał się natychmiast na równe nogi. Wesoło machał swoim krótkim ogonkiem raz wskakując na budę, to znów zeskakując z niej.
spokojnie piesku- odezwała się babunia. Dostaniesz mleczka, dostaniesz. Nie denerwuj się tak. Zaraz pani ci przyniesie.
Skierowała się w stronę szopy. Wyraźnie widzieliśmy w jej dłoni duży, metalowy klucz. Odsunęła zasuwę , która zakwiczała tak, że aż nas ciarki przeszły. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Teraz już jej nie widzieliśmy.
   
- coś długo jej nie ma – szepnąłem. Co ona tam robi? Och, żebyśmy mogli zobaczyć co jest w szopie. E , to na pewno zwyczajny schowek na węgiel. Taki jak mają inni na naszej ulicy.
    Tymczasem mała postać ponownie wynurzyła się z ciemności. Niosła w ręku jakieś naczynie. Po chwili znów zapiszczała zasuwa i ujrzeliśmy Matyldę Gens wracającą do swojej chałupy.

- jak to?! – zdenerwował się Aguś. Przecież mówiłeś , że ona codziennie chodzi do ruin. Ależ ty  jesteś picer. To ja pół nocy przeleżałem na baranach tylko po to aby zobaczyć jak babcinka daje swojemu pieskowi mleczka? Żeby tak dać się zrobić w balona. Więcej taki numer ci nie wyjdzie. Przysięgam.
    Natychmiast zsunął się po wystającym drągu w dół i biegiem udał się do domu. Była 1.10. Tą samą drogą zeszliśmy i my. Tyle tylko, że Aciu, który od urodzenia był pechowcem zahaczył o jakiś wystający gwóźdź  i  perfidnie rozdarł spodnie. To był niemiły akcent na koniec tej nocnej wyprawy.


Następny rozdział (W starej szopie)