Andrzej Silski
 
g
"Jeżeli kiedyś wszystko zacznie
kręcić się niezgodnie z ruchem
wskazówek zegara
wtedy odezwij się do zupełnie
obcego człowieka
posłuchaj jego nierytmicznych
uderzeń serca
rozbujanego sztucznie
i przygaśnij w blasku jego miłości"

 

O mnie

Twórczość literacka

Piosenki

Ostatnio dodane

   

Tajemnica Matyldy Gens

Tajemnica Matyldy Gens

SYGNAŁ

    Trzy długie gwizdki rozlegały się głośnym echem po ulicy Zamkowej. Ten sygnał znaliśmy bardzo dobrze. Sami go wymyśliliśmy. Pamiętam , przyrzekliśmy wówczas sobie, że ilekroć go usłyszymy każdy z nas zrobi wszystko aby przyjść na schody pana Paterki, które były dla nas miejscem zbiórki. Nie miał on nic  naprzeciw, iż właśnie na jego terytorium znajdował się sztab dowodzenia dla dzieciaków z naszej ulicy. Wręcz przeciwnie. Lubił przyglądać się sporej grupce chłopaków wygładzających własnymi tyłkami jego chropowate schody. Czasami przyczajał się w okienku znajdującym się nad nimi i lekko je uchylając podsłuchiwał nasze rozmowy. Oczywiście Paterce wydawało się, że jest niewidzialny i niesłyszalny. My zawsze jednak wiedzieliśmy kiedy czuwa nad nami nasz Anioł Stróż.

   Gdy któraś z kolei seria gwizdków dotarła do ogrodu, w którym właśnie wykonywałem przymusowe pielenie zagonków, musiałem natychmiast coś wymyślić. Szczęście tego dnia sprzyjało mi najwyraźniej. Z kciuka mojej lewej ręki siąpiła czerwona ciecz.
Mamo popatrz! – krzyknąłem. To krew.
Pokaż co się stało synku – podbiegła zaniepokojona. Zaraz musimy to opatrzyć.
Mamo, ale ja muszę jeszcze dokończyć tę grządkę – wydałem z siebie ostatnie słowo troski o nasze dobro wspólne – zadbany ogród.
Dobrze już, zostaw. Zrobię to za ciebie. Bylebyś tylko zakażenia nie dostał albo innego paskudztwa- mówiła polewając palec jodyną.
Trochę mnie paliło. Z to po chwili już byłem wolny.

- Wyjdę trochę na ulice, mamo
- No dobrze, dobrze. Tylko nie siedź długo. Wiesz, że jak cię niema to ojciec się denerwuje.
- Nie będę długo. Chyba zaraz wrócę, bo trochę boli mnie palec.
Złożywszy takie oświadczenie zamknąłem furtkę i wybiegłem na ulicę.

    Na schodach siedzieli już: Aciu, który nie ustawał w podawaniu sygnału, Aguś, Witek i Włodzio. Nie było wszystkich. Prawdopodobnie maja kłopoty z wydostaniem się z domów. Jest już dość późno. Na pewno nie przyjdzie Mirek. Na dwa dni wyjechał do babci. Wróci dopiero jutro. Zresztą to teraz nieważne.

     Co się stało?- zapytałem. Po co gwiżdżesz jak opętany? Umawialiśmy się, że sygnał powtarzamy tylko trzy razy.
Pozostali koledzy też byli jacyś podenerwowani. Żaden z nich nie gwizdałby jak nawiedzony przez bite pół godziny. Wiadomo- sygnał, najwyżej trzy razy i jeśli nikt się nie zjawi to znaczy, że zbiórkę trzeba odłożyć na inny termin. Tymczasem Aciu wcale nie przejął się naszymi minorowymi minami.

     W porządku – oznajmił, koniec sygnału. Po co was wezwałem? Też pytanie. Czy człowiekowi już nudzić się nie wolno? Zwyczajnie, nie miałem co robić więc pomyślałem, że dobrze byłoby trochę pogadać.
- Ale ty wiesz ile trzeba było.....- gorączkował się Aguś
- Tak wiem. Oczywiście, że wiem – przerwał mu sygnalista.
Komu jak komu, ale mi nie musicie tego tłumaczyć. Być może nuda to nie jedyny powód, dla którego chciałem się z wami spotkać. Skoro jednak jesteście tacy mądrzy to figę wam powiem. Zresztą i tak nie uwierzycie.
W porządku - wtrącił Witek. Uwierzymy ci na pewno. Tylko gadaj zaraz o co chodzi bo ja muszę wracać do domu.
Ale nie będziecie się śmiać! – zastrzegł od razu
    Wiedział doskonale, że ilekroć rozpoczynał swoja bajeczkę o staruszce spod szóstki, bo tak właśnie nazywaliśmy mieszkającą pod tym numerem Matyldę Gens, zawsze wybuchaliśmy chóralnym śmiechem. Ponieważ wszystkim zależało na czasie daliśmy jedną, zgodną obietnicę zachowania powagi. Nasze oświadczenie uspokoiło Acia. Bardzo lubił takie małe zwycięstwa . Zdawał sobie sprawę, że  cała ekipa uważa go za matoła i półgłówka. To prawda, że miał kłopoty z przejściem do szóstej klasy, ale w końcu poradził sobie z tym nadzwyczajnie. Nauka to nie pępek świata- powtarzał maksymę swojego ojca Adama Drapkiewicza. Najważniejszy jest dzisiaj dobry fach. Na pewno znajdzie się i dla mnie coś odpowiedniego. Na chwilę pogrążył się w myślach. Ocknął się jednak i zaczął mówić;

    Ona wieczorem chodzi do ruin. Widziałem na własne oczy. Od trzech dni ją obserwuję. Poza tym nie szczeka jej pies. Nie wiem co się dzieje. Może zabiera go z sobą? – mówił coraz szybciej głęboko łapiąc co chwilę powietrze. Tak całkiem to do końca nie jestem pewien czy ona tam chodzi. Nie szedłem za nią. To jest najszczersza prawda. Jak chcecie się przekonać to zapraszam o jedenastej na moje podwórko.

    Posesja Drapkiewiczów sąsiadowała z podwórzem Matyldy Gens. Oddzielał ją mocno podziurawiony, ceglany mur, który Adam Drapkiewicz odbudowuje już kilka lat. Z tego miejsca widać budynek pani Gensowej, jej starą  drewniana szopę, budę psa i ogród, który graniczy z rzeką od południowej strony ruin.
Dom jest murowany. Musi być bardzo stary gdyż nikt z żyjących mieszkańców naszej ulicy nie pamięta kiedy go zbudowano. W każdym razie na pewno ma ze 150 lat. Dach jest dziurawy jak sitko a czerwone cegły  można z murów ręka wyciągać. Natomiast w zupełnie dobrym stanie jest szopa. Mimo, że jest drewniana mocno jeszcze trzyma się kupy.
Starą Gensową dobrze wszyscy znają . Poczciwa staruszka – tak o niej mawiają. Wiele w życiu wycierpiała. Sama jedna na starość na świecie została. Nie ma żadnej przyjaznej duszy. To, że tak było naprawdę pani Matylda mogła zawdzięczać samym mieszkańcom Zamkowej. To oni opowiadają o niej najwymyślniejsze cuda. Co gorsza – oni w te opowieści wierzą i omijają jej chałupę z daleka.

    Umówiliśmy się około 23 na schodach. Wprawdzie w tym momencie nikt z nas nie zastanawiał się nad tym jak o tej godzinie wyjdzie z domu. To był drugorzędny problem. Postanowiliśmy sami sprawdzić kim jest naprawdę Matylda Gens.


Następny rozdział (Nocna Warta)